Wolfenstein: Youngblood

Jaki ojciec, takie córki



Wolfenstein: Youngblood




Historia serii „Wolfenstein”


„Wolfenstein” to marka, którą z całą pewnością zna każdy fan gier typu first person shooter. Mało kto pamięta jednak, że historia serii wcale nie zaczęła się od gatunku FPS, a wielbiony niczym złoty bożek „Wolfenstein 3D”, wcale nie jest początkiem serii. Właściwie, to „Wolf 3D” jest trzecim tytułem sygnowanym tą popularną nazwą. Pierwszą i drugą częścią były kolejno „Castle Wolfenstein” i „Beyond Castle Wolfenstein” autorstwa studia Muse Software, które były trzecioosobowymi grami typu stealth, a oba tytuły ukazały się jeszcze w latach 80. Pierwsze dwie odsłony mogły więc stanowić inspirację dla Konami i Hideo Kojimy, którzy w 1987 roku wydali na świat pierwszą część serii, która z czasem stała się legendą. Mowa oczywiście o „Metal Gear”.

To prawda, że „Wolfenstein 3D” spopularyzował gatunek i ustanowił fundament gatunku FPS. W ogóle studio id Software to najlepsze, co mogło przytrafić się temu gatunkowi. Dość powiedzieć, że później stworzyli legendarnego „Dooma”, a potem w pełni trójwymiarowego „Quake’a”. Należy wspomnieć, że to już tutaj pojawiło się nazwisko, które z czasem stanie się synonimem słowa destrukcja i postrachem wśród nazistów. To właśnie tu po raz pierwszy pojawił się on… William „B.J.” Blazkowicz – Amerykanin o polskich korzeniach i najbardziej uwydatnionej szczęce w historii gier. „Wolfenstein 3D” doczekał się sequela zatytułowanego „Spear of Destiny”, który jest równie świetny, co część poprzednia, jednak jednocześnie na tyle podobny, by traktować go raczej jako dodatek.

Następny w kolejce jest wydany w 2001 tytuł „Return to Castle Wolfenstein”, który ustanowił zupełnie nową jakość dla gatunku FPS. Tym razem jednak gra miała silną konkurencję w postaci między innymi takich marek, jak „Medal of Honor” i „Halo”. W serii „Wolfenstein” zawsze pojawiały się elementy fantastyczne, ale „Return to Castle Wolfenstein” był pierwszą grą, która tak mocno skupiła się na eksploatowaniu tego tematu. Zaczynamy bowiem od wyżynania nazistów (jakżeby inaczej), by przejść do nieumarłych, a skończyć na walce z ożywionym duchem niemieckiego króla Henryka I Ptasznika. Notabene, podobno Heinrich Himmler naprawdę uważał, że w poprzednim życiu był właśnie królem Henrykiem I. Tytuł dalej jest świetny i poza grafiką nie zestarzał się aż tak bardzo. Polecamy sprawdzić przed zakupem „Wolfenstein: Youngblood”!

W następnych latach seria dalej się trzymała, jednocześnie jakby zwalniając. Doczekaliśmy się co prawda popularnego multiplayerowego „Wolfenstein Enemy Territory”, a w 2009 pojawił się reboot zatytułowany po prostu „Wolfenstein”. Niestety, ten ostatni, podobnie, jak „Quake IV”, uśpił serię na kilka lat, a dziś jest tytułem, który przy omawianiu mocnych stron serii zwykle się pomija.

Nowy „Wolfenstein”, nowe porządki


Nadszedł rok 2014, prawa do marki już od jakiegoś czasu były w rękach firmy Bethesda, a studio Machine Games, pracujące pod czujnym okiem id Software, znienacka wypuściło na rynek „Wolfenstein: The New Order”. Tytuł okazał się tak dobry, że szturmem wziął rynek gier komputerowych i przyciągnął całą masę ludzi znudzonych ogrywaniem kolejnych części „Call of Duty”, które co roku zalewały rynek. Ciekawy setting (historia alternatywna), nieźle napisani bohaterowie i zaskakująco dobra historia sprawiły, że gracze z chęcią chwycili za broń. Spokojnie można powiedzieć, że „Wolfenstein: The New Order” podbił serca graczy i przywrócił nadzieję w gatunek FPS.



Oczywiście sequel był tylko kwestią czasu i tak w 2017 roku otrzymaliśmy „Wolfenstein II: The New Colossus”. Naziści wygrali wojnę, podbili USA i teraz B.J. Blazkowicz musi wypędzić nazioli z domu na wózku inwalidzkim. Brzmi dobrze? No raczej! W skrócie, wszystkiego więcej i wszystko jest lepsze. Fantastyczny tytuł, choć wiele osób do dziś twierdzi, że „New Colossus” nigdy nie udało się oddać feelingu „New Order”.

„Wolfenstein: Youngblood” – co to właściwie jest?


Kocioł po „Wolfenstein II: The New Colossus” nie zdążył jeszcze dobrze ostygnąć, a na E3 2018 Bethesda ogłosiła kolejny tytuł, którego premiera zaplanowana jest wstępnie na rok 2019. „Wolfenstein: Youngblood”, bo tak nazywa się nadchodząca odsłona cyklu, to twór, o którym nie wiemy jeszcze zbyt wiele, ale postaramy się ująć wszystkie najważniejsze informacje, które krążą obecnie po sieci. Historia „Wolfenstein: Youngblood” na pewno będzie miała miejsce około 19 lat po wydarzeniach znanych z „The New Colossus”. Niestety, nie bardzo wiemy, czy traktować go jako pełnoprawny sequel, czy może jako spin-off. W końcu gra nie ma w tytule cyferki, a zapowiedziana wstępnie cena opiewa na około 30 $, więc połowę tego, ile generalnie kosztuje gra AAA. Można więc zakładać, że nie będzie to pełnoprawna kontynuacja, a z czasem B.J. Blazkowicz powróci w tworze nazwanym roboczo „Wolfenstein 3”. Zaznaczamy, że są to jedynie nasze spekulacje.

Wiadomo na pewno, że w „Wolfenstein: Youngblood” wcielimy się w córki Blazkowicza i przyjdzie nam wyzwolić Paryż spod buta nazistów. Bliźniaczki Sophie i Jessica będą musiały uratować swojego ojca, który ostatecznie wpadł w ręce nazioli. Nie zakładamy, żeby w przypadku rozgrywki miały pojawić się znaczące zmiany. W gruncie rzeczy „Youngblood” pozostanie zapewne pierwszoosobową strzelaniną z masą fajnych i retro-futurystycznych spluw.

„Youngblood” – doświadczenie kooperacyjne


Podstawowym założeniem dla powstania „Wolfenstein: Youngblood” jest oczywiście zaimplementowanie sprawnego systemu cooperative. Niestety nie wiemy, czy gra będzie ograniczała się tylko i wyłącznie do coopa online, czy też może dostaniemy możliwość po strzelania na split-screenie. Uspokajamy jednak tych, którzy są zwolennikami samotnego strzelania w domowym zaciszu. Developerzy zapowiedzieli, że w „Wolfenstein: Youngblood” bezproblemowo będzie można zagrać samemu. W takim wypadku jedna z sióstr będzie kierowana przez komputer, a my dalej będziemy mogli cieszyć się wspaniałym tytułem. Jak sami widzicie, informacji jest jak na lekarstwo, ale uspokaja nas fakt, że nad grą znowu pracują ludzie z Machine Games!

Na zakończenie dodamy tylko, że „Wolfenstein: Youngblood” nie będzie jedynym tytułem z tej marki, który w roku 2019 zaszczyci swoją obecnością sklepowe półki. Bethesda zapowiedziała również grę „Wolfenstein Cyberpilot”, która z kolei ma być doświadczeniem VR. W niej wcielimy się w hakera, który wraz z paryskim ruchem oporu będzie próbował obrócić systemy obronne nazistów przeciw nim samym. Czy „Youngblood” i „Cyberpilot” będą ze sobą połączone? Nie mamy pojęcia, ale obu nie możemy się doczekać! :D

Jeżeli tak samo jak my nie możecie się tego już doczekać, to koniecznie musicie wbić na CDP.pl. Specjalnie dla Was mamy zaplanowane preordery, a na stronie hula też parę innych produktów sygnowanych marką „Wolfenstein”. Zapraszamy! ;)