Skull and Bones

czyli płyniemy mordować, rabować i śpiewać szanty



Skull and Bones


Chyba rum zaszumiał w głowie, a cały świat znów nabrał treści, gdyż do łask graczy powróciły morskie opowieści! Wszystko zaczęło się mniej więcej w roku 2013, kiedy Ubisoft wydał „Assassin’s Creed: Black Flag”. Wcześniej oczywiście gry o tematyce, że tak powiemy, marynistycznej istniały i cieszyły się niemałą popularnością, dość wspomnieć o takich tytułach jak „Risen 2: Dark Waters”, „Lego: Piraci z Karaibów” czy choćby legendarna już seria „Monkey Island”. Nie da się jednak zaprzeczyć, że to właśnie „Black Flag” przypomniał graczom o dziecięcym marzeniu parania się zawodem postrachu mórz, podobne jak „Red Dead Redemption” zrobiło to z zawodem kowboja. Trzeba jednak przyznać jedno: nikt nie spodziewał się, że nagle na E3 zostaną ogłoszone dwie duże gry o piratach i morskich podbojach. Mowa oczywiście o „Sea of Thieves” oraz „Skull and Bones”. Nie zrozumcie nas źle, sprawa wygląda tak, że o ile „Assassin’s Creed” osadzony na Karaibach przywrócił wiarę w pirackie motywy w grach, to od tego czasu nie dostaliśmy jakiejś oszałamiającej liczby gier w tym stylu. Właściwie to nie ukazało się nic, co mogłoby konkurować z opisanym wyżej produktem Ubisoftu. Dlaczego mówimy więc, że piractwo powróciło do łask? Cóż, od dawna oczekujemy na tytuł, który mógłby zaoferować nam coś nowego.

W tym artykule skupimy się na omówieniu wszystkiego, czego udało nam się dowiedzieć o grze, która rzekomo zerwie koronę z głowy Ubisoftu. Grą, która ma tego dokonać, jest „Skull and Bones”, a jej developerem… Ubisoft. Tak, Ubisoft zerwie koronę z głowy Ubisoftu. No dobra, ale darujmy sobie suche jak wiór żarty i przejdźmy do omówienia zawartości tej pysznej beczki grogu, jaką jest „Skull and Bones”.

Czym jest „Skull and Bones”


Wojna na morzu to motyw, który w grach komputerowych nigdy nie był specjalnie eksploatowany, a przynajmniej mało który tytuł potrafił dobrze oddać specyfikę bitew na wodzie. Developerzy ze studia Ubisoft Singapore postanowili podjąć się zmiany powszechnie panujących w branży trendów i wydaje się, że idzie im to całkiem nieźle. „Skull and Bones” to bowiem tytuł, w którym wcielimy się nie tyle w charyzmatycznego pirata, co raczej sami będziemy sobie statkiem, szalupą i papugą na ramieniu. Tym razem będziemy rabować na Oceanie Indyjskim, gdyż w momencie, w którym rozgrywa się akcja „Skull and Bones”, flota Imperium Brytyjskiego wypędziła piratów z Karaibów.



Całość wydaje się być połączeniem gry akcji i RPG, choć dokładna struktura rozgrywki nie jest do końca znana i developerzy na pewno na premierę zdążą nas jeszcze zaskoczyć. Wiemy natomiast, że w grze praktycznie nie uświadczymy zabawy na lądzie. Cała zabawa będzie się działa na wodzie, a jedyną chwilą wytchnienia od gwałtów i grabieży będzie przybicie do pirackiej kryjówki. Z tego co wiemy, kryjówka ma służyć jedynie jako miejsce, w którym uzupełnimy zapasy, zregenerujemy się po obrażeniach przyjętych podczas abordażu i dodamy kolejne upgrade’y, które pozwolą nam na łatwiejsze podboje.

Oczywiście, jak przystało na prawdziwy postrach mórz, będziemy mogli zakładać na naszym statku bandery różnych państw. W ten sposób będziemy mogli przekraść się między poszczególnymi patrolami. Tym samym sposobem możemy usypiać czujność naszych potencjalnych ofiar, atakując, kiedy najmniej się tego spodziewają. Jednak kiedy już obładujesz swój statek złotem i innymi kosztownościami pochodzącymi z grabieży, powinieneś uważać. Kiedy wracamy do kryjówki z pokładem wypełnionym złotem, istnieje spora szansa, że możemy zostać napadnięci przez jedną z wrogich frakcji. Co to za zwyczaj, pytamy się, żeby złodziej okradał złodzieja! ;)

„Skull and Bones”: gameplay i pierwsze wrażenia


Chyba nie ma się co dziwić, że tak chętnie odnosimy się do „Assassin’s Creed: Black Flag”. W końcu niemal każdy zapytany o to, co pamięta z przygody Edwarda Kenwaya, odpowiada: „genialną mechanikę sterowania okrętem”. Jeżeli jesteście więc fanami rozgrywki w podobnym stylu, to mamy dla Was fantastyczną wiadomość. Całokształt jest zaskakująco podobny do tego, co znamy ze wspomnianego wyżej „AC”. Zasadniczą i najbardziej widoczną zmianą będzie przełożenie ciężaru rozgrywki. W „AC” bowiem pływanie było tylko ciekawym dodatkiem, a w „Skull and Bones” będzie daniem głównym.

Kolejną sporą zmianą zdaje się być mechanika pływania. Bez przerwy będziemy musieli zwracać uwagę na czynniki, które mogą utrudnić nam sprawne poruszanie się po morzu. Jednym z takich czynników jest oczywiście wiatr, na który cały czas należy brać poprawkę, jeżeli nie chcemy stracić z oczu naszego potencjalnego celu. Trzeba wspomnieć tutaj również o systemie ustawiania znaczników. W świecie tak dużym musi pojawić się możliwość oznaczania miejsc i potencjalnych celów i oczywiście taka możliwość została już zaimplementowana w samej grze. W tym przypadku jednak znaczniki nie będą wieczne. Zasada jest bardzo prosta: w celu znalezienia miejscówek lub wroga, musimy udać się na bocianie gniazdo. Stamtąd przez lunetę poszukujemy kolejnych celów. Proste? Proste, ale tym razem nieuczęszczane znaczniki, lub takie, które zbyt szybko stracimy z oczu, znikają i będziemy musieli szukać ich jeszcze raz. Jeżeli dobrze rozumiemy, zaimplementowanie podobnej mechaniki ma pomóc w immersyjnym skupieniu się na oportunizmie towarzyszącym piratom, zamiast bezmyślnego czyszczenia mapy z kolejnych punktów. Naszym zdaniem może to być broń obosieczna. Z jednej strony wpłynie to pozytywnie na immersję i sprawi, że rozgrywka multiplayerowa będzie zdecydowanie bardziej angażująca, ale mamy nadzieję, że twórcy nie przesadzą i nie uczynią owej mechaniki zwyczajnie irytującą. Wydaje się, że jest tu pewna cienka granica, której w żadną stronę nie powinno się przekraczać.

Pierwsze wrażenia:


Oczywiście, jak co roku na E3 twórcy zorganizowali zamknięty pokaz dla branżowych mediów, pozwalając zagrać w niewielki fragment gry. Nie inaczej było w przypadku „Skull and Bones”. Developerzy z Ubisoft Singapore zorganizowali swój własny pokaz, dzięki czemu dowiedzieliśmy się nieco o tym, co zaprawieni w boju dziennikarze sądzą o ich najnowszej grze. I jaki jest ogólny odzew?

Po pierwsze, wszyscy wydają się być zgodni, że grając w „Skull and Bones”, musisz być czujny jak ważka i zręczny jak orangutan. Dlaczego? Powiedzmy, że liczba pojawiających się czynników, które przyjdzie nam ogarniać, jest zaskakująco duża. Wiatr, bocianie gniazdo i walka to połączenie co najmniej ekstremalne. Wszystko to sprawia, że na początku „Skull and Bones” wydaje się zwyczajnie trudne. Trudność owa nie wynika jednak ze skomplikowanej rozgrywki, a mechanik, przy których trzeba spędzić nieco więcej niż 20 minut, by bez przeszkód walczyć i szabrować.

„Skull and Bones” wydaje się wymagać nieco więcej elementów strategicznych i zakładając, że tytuł ma zagościć na naszych ekranach w 2019 roku, mamy nadzieję, że twórcom uda się dodać do tytułu coś więcej.

„Skull and Bones”: grafika, data premiery i garść innych informacji


„Skull and Bones” to tytuł, który przynajmniej na screenach i trailerach wygląda absolutnie prześlicznie i zdaje się, że w tym przypadku, tak jak dawniej, będziemy, nomen omen, rozpływać się nad tym, jak piękna w grach może być woda. Gra otrzyma zarówno tryb single, jak i multiplayer, ale raczej z naciskiem na ten drugi. Nie wiemy nic o fabule, można więc założyć, że kampania będzie opierała się co najwyżej o serię map okraszoną konkretnymi zadaniami. Szkoda, bo cały czas czekamy na piracką grę z fabułą z prawdziwego zdarzenia. Niestety, w tym przypadku raczej się nie doczekamy. Najważniejsze jednak jest to, żeby developerzy wyrobili się z premierą „Skull and Bones” na czas, bo dokładna data nie została jeszcze ogłoszona, a dość wspomnieć, że tytuł już zaliczył jedną obsuwę. Wstępnie gra „Skull and Bones” została zapowiedziana na rok 2019, jednak dla bezpieczeństwa radzimy skłaniać się bardziej w stronę przełomu 2018 i 2019 roku.