Call of Duty

O tym, jak gry urosły do miana blockbusterów



Jeżeli kiedykolwiek interesowaliście się grami, istnieje szansa, że słyszeliście o pewnej mało znanej i niskobudżetowej serii strzelanin, w której to bohaterscy amerykańscy żołnierze ratują świat przed nazistami, terrorystami lub inną złą siłą zagrażającą USA bądź całej ludzkości. Hmm… im dłużej się nad tym zastanawiamy, tym bardziej utwierdzamy się w przekonaniu, że to do takiego opisu można zaklasyfikować większość gier z gatunku first person shooter, a przynajmniej te, które zostały osadzone w realiach jakiegoś słynnego historycznego konfliktu. Jednak w tym artykule chcielibyśmy przybliżyć wam historię tylko jednej franczyzy wpisującej się w wymieniony wyżej gatunek. Przyszła pora, by przypomnieć sobie historię serii „Call of Duty”. Dziś mało kto pamięta, że historia „Call of Duty” wcale nie zaczęła się w roku 2003, bowiem pierwsze cechy charakteryzujące dziś ten cykl zrodziła się rok wcześniej.

Hegemon, który sam stworzył swojego rywala


Wszystko zmieniło się, kiedy w 2002 roku developerzy z 2015, Inc. wypuścili na rynek trzecią odsłonę wiodącej w tym czasie serii „Medal of Honor”, czyli „Medal of Honor: Allied Assault”. W swoim czasie była to gra kompletna, która nie tylko świetnie oddawała realia drugiej wojny światowej, ale była pierwszą, która dodawał całości filmowego stylu. „Medal of Honor: Allied Assault” otwierał kampanię fabularną genialną sceną rodem z filmu „Szeregowiec Ryan”. Gracz zaczynał na barce, która szybko przerzucała żołnierzy na plażę w Normandii na początku operacji Overlord. Zadaniem graczy było umiejętne i bezpieczne przedostanie się przez zasieki wroga i zniszczenie znajdującej się na wałach broni maszynowej, która nieustannie ostrzeliwała ich sojuszników. Dziś scena ta może wywoływać co najwyżej uśmiech politowania, ale w tamtym czasie był to szczyt grafiki i reżyserii gier komputerowych. Gra cały czas uważana jest za jeden z najważniejszych kamieni milowych gatunku FPS i w sumie nie ma się co dziwić, zwłaszcza że wydane niedawno „Call of Duty: WWII” rozpoczynało się dokładnie tym samym motywem.
Dość powiedzieć, że seria „Medal of Honor”, która swoje początki zawdzięcza pomysłowi samego Stevena Spielberga i jego studiu DreamWorks Interactive, została zabita przez wydawców z Electronic Arts w 2013 roku, podczas gdy „Call of Duty” dalej hula sobie w najlepsze, zarabiając miliony na całym świecie.

Nowe studio – nowa jakość!


Po wydaniu „Medal of Honor: Allied Assault” wielu pracowników studia 2015, Inc. było niezadowolonych ze swojej obecnej sytuacji zawodowej. Wielu zdecydowało się na odejście z nielubianego miejsca pracy i założenia swojego własnego studia. Jak pomyśleli, tak zrobili i w 2002 założyli studio Infinity Ward. Ci sami ludzie, którzy z powodu niezadowolenia odeszli po stworzeniu prawdopodobnie najlepszej części „Medal of Honor”, mieli stać się później ojcami i matkami jednej z najbardziej dochodowych marek gier w historii branży.
Ekipa szybko wystartowała z nowym i niezwykle ambitnym projektem, który zaledwie rok później pojawił się na sklepowych półkach. To właśnie wtedy narodziło się pierwsze „Call of Duty”, które z miejsca podjęło walkę z, jak się wtedy wydawało, nietykalnym „Medal of Honor”. Nikt nie podejrzewał oczywiście, że król ot tak pozwoli, by ktoś odebrał mu koronę, ale developerzy z Infinity Ward wykonali bardzo ważny pierwszy krok. Wyciągnęli po nią rękę, a to oznaczało tylko tyle, że o „Call of Duty” na pewno mieliśmy jeszcze usłyszeć w przyszłości. I nie musieliśmy czekać zbyt długo, bo już dwa lata później, czyli w roku 2005, gracze mieli okazję doświadczyć prawdziwie nowej jakości w „Call of Duty 2”. Ponownie przyszło nam wczuć się w realia drugiej wojny światowej. Starsi gracze zapewne pamiętają, że w tych mrocznych czasach przed erą „Modern Warfare” strzelało się praktycznie tylko do nazistów lub ewentualnie potworów. Czasami jedno i drugie (tak, to do ciebie, „Return to Castle Wolfenstein”). Jednak tym razem Infinity Ward stworzyło tytuł, który praktycznie wyczerpywał wszystko, czego gracze mogliby oczekiwać od kolejnej odsłony. W końcu „Call of Duty” praktycznie zrównało się z „Medal of Honor”, a według wielu zostawiło konkurenta daleko w tyle. Niestety, sukces „Call of Duty 2” oraz taśmowe wypuszczanie kolejnych niemal identycznych gier „MoH” sprawiło, że rynek został zajechany, a gracze zaczęli oczekiwać, że developerzy wyjdą w końcu poza wyeksploatowane realia drugiej wojny światowej. Widać było to na przykładzie „Call of Duty 3”, który, choć był tytułem naprawdę zacnym i sprzedał się zgodnie z oczekiwaniami, nie zrobił już wokół siebie takiego szumu jak poprzedniczki. Infinity Ward musiało więc pomyśleć, jakie zmiany wprowadzić, aby usatysfakcjonować wygłodzonych fanów.

Nowoczesne konflikty zbrojne – FPS-y nowej generacji


Tematyka drugiej wojny odeszła do lamusa i przyszedł czas na coś zupełnie nowego! Wojna w Wietnamie, Korei, a może w Afganistanie? Cóż, żadna z wymienionych. Wydane w 2007 roku „Call of Duty 4: Modern Warfare” zabierało graczy w przyszłość aż do odległego roku 2011. Fabuła zaczyna się od wojny domowej w Rosji i zamachu stanu w fikcyjnym kraju na Bliskim Wschodzie. Ultranacjonaliści pragną przywrócenia mateńki Rosji do potęgi, jaką była w czasach Związku Radzieckiego, zamachowcy pod przywództwem Al-Asada dokonują przewrotu, a w tle pojawia się wątek z bronią jądrową. „Call of Duty 4: Modern Warfare” porwał nas do świata political fiction i zagwarantował emocjonującą i ciekawą fabułę. Tytuł sprzedał się łącznie w 13 milionach egzemplarzy. Nic więc dziwnego, że Infinity Ward zdecydowali się usunąć z tytułu numer „4”, a „Modern Warfare” doczekał się dwóch kolejnych odsłon.
„Call of Duty: Modern Warfare 2” i „Call of Duty: Modern Warfare 3” były bezpośrednimi kontynuacjami „CoD4: MW” i po raz kolejny wciskały nas w buty tych samych bohaterów. Militarno-polityczna drama trwa, a gry spotkały się zarówno z uwielbieniem fanów, jak i ostrą krytyką ze strony mediów, głównie za sprawą niesławnej misji na rosyjskim lotnisku w „MW2”, podczas której gracz może, choć nie musi, strzelać do cywilów podczas zamachu terrorystycznego. Motyw ten wywołał szeroką debatę na temat potencjalnego cenzurowania gier komputerowych. Niestety, z czasem i ta formuła się wyczerpała, a Infinity Ward i współpracujące z nimi studia Treyarch oraz Sledgehammer musiały obmyślić zupełnie nowy plan.

„Black Ops” – bądź najgłośniejszym szpiegiem w historii


Kiedy historia „Modern Warfare” zmierzała ku końcowi, wszystkie studia musiały przemyśleć, co dalej z serią „Call of Duty”. Zdaje się, że najprostsze zadanie miało studio Treyarch, które między drugą a trzecią odsłoną „CoD: MW” wypuściło „Call of Duty: Black Ops”, które od razu zaskarbiło sobie sympatię fanów. Tym razem wcielaliśmy się nie tyle w regularnego żołnierza, co raczej członka wywiadu. Akcja „Black Ops” ma miejsce w czasie zimnej wojny i choć technicznie rzecz biorąc, gramy szpiegiem, to strzelamy w niej nie mniej niż w poprzednich. Tytuł ponownie doczekał się pewnych kontrowersji, tym razem związanych z przedstawianiem nieudanego zamachu na młodego Fidela Castro, za co gra została wycofana ze sprzedaży na Kubie.
Kolejne gry z podserii „Black Ops” coraz bardziej wybiegały w przyszłość. „Call of Duty: Black Ops II” dzieje się w roku 2025, a w ruch idą tu między innymi drony, roboty i bezzałogowe pojazdy. Natomiast „Call of Duty: Black Ops III” to tytuł, który porywa gracza w daleką przyszłość pełną cyfrowo i mechanicznie ulepszonych żołnierzy oraz walki z, między innymi, sztuczną inteligencją.

Broń się zmienia, technologia się zmienia, ale wojna nigdy się nie zmienia


Infinity Ward i Sledgehammer Games, podobnie jak ich koledzy z Treyarch, postanowili przenieść konflikty zbrojne na areny przyszłości. Najpierw ci drudzy wydali świetnie przyjęte „Call of Duty: Advanced Warfare”, w którym w rolę głównego antagonisty wcielił się Kevin Spacey. Tym razem przenieśliśmy do przyszłości pełnej egzoszkieletów, jetpacków i innych zabawek. Następnie Infinity Ward stworzyło „Call of Duty: Infinite Warfare” i żeby zawstydzić swoich poprzedników, postanowili oni przenieść wojnę w kosmos. Poważnie, „Infinite Warfare” zaczyna się masakrą na Księżycu.

Co dalej z „Call of Duty”?


Na przestrzeni lat gry z serii „Call of Duty” nie uległy gameplayowo znacznej zmianie od czasów pierwszego „Modern Warfare”. Każda kolejna odsłona oferowała poczucie obcowania z hollywoodzkim filmem akcji, coraz więcej oskryptowanych scen i zupełnie nową stylistykę. Niestety, z czasem gracze poczuli, że wydawca Activision zwyczajnie przekonuje developerów do odcinana kolejnych kuponów od i tak już mocno wyeksploatowanej marki. Nic więc dziwnego w tym, że twórcy postanowili wrócić do korzeni. W 2017 roku Seldgehammer Games wypuściło na rynek „Call of Duty: WWII”, które było pierwszą od czasu „Call of Duty: World at War” grą osadzoną w realiach drugiej wojny światowej i pierwszą ukazującą lądowanie w Normandii od czasów „Call of Duty 2”. Tytuł został doceniony przez krytyków, jednak nie przypadł do gustu graczom, którzy oczekiwali od serii czegoś zupełnie innego.
Jaka przyszłość czeka markę „Call of Duty”? Werdykt może być trudny do wydania, a przez to niekoniecznie sprawiedliwy. Najpierw powinniśmy zaczekać na nadchodzące „Call of Duty: Black Ops 4”, które może nieść stosunkowo dużo zmian. Najważniejszą z nich jest to, że „Black Ops 4” ma całkowicie skupiać się na trybie multiplayer i całkowicie pozbywać się mocno fabularyzowanej i oskryptowanej kampanii dla jednego gracza, przez co część fanów postanowiła odciąć się od serii. Zdaje się, że „Call of Duty: Black Ops 4” chce odebrać część rynku serii „Battlefield”. Czy im się to uda? Trudno powiedzieć, jednak naszym zdaniem „Call of Duty” potrzebuje skryptów i mocnej kampanii fabularnej, nie zaszkodziłoby też poeksperymentować z samą rozgrywką. Co sądzicie o tym, by w „Call of Duty” było nieco więcej skradania?