Metro Exodus

czyli wracamy na stare śmieci!



Metro Exodus


Dmitry Glukhowsky to zdecydowanie najlepsze, co przytrafiło się rosyjskiej literaturze sci-fi od czasu braci Strugackich, których to prace odmieniły oblicze wizji postapokalipsy w literaturze. Jednak dzięki swoim dziełom wszyscy ci panowie zapisali się na stałe nie tylko w historii literatury, ale również w historii gier wideo. Zapytacie, w jaki sposób? Otóż „Piknik na skraju drogi” Strugackich stał się głównym źródłem inspiracji przy produkcji gier z serii „S.T.A.L.K.E.R.” Glukhovsky natomiast napisał bestsellerową dziś serię „Metro 2033” i z czasem niesamowite powieści o przygodach rozgrywających się po wojnie nuklearnej w odmętach moskiewskiego metra zostały przekute na równie dobre gry komputerowe, które podbiły serca graczy na całym świecie i wypromowały Glukhovskiego do rangi jednego z najzdolniejszych pisarzy science fiction na świecie. Dość powiedzieć, że sam autor też był zachwycony produkcjami studia 4A Games i sam podjął się trudnego zadania przekucia powieści na scenariusze gier.

Pięć lat minęło, od kiedy ostatnio widzieliśmy Artyoma. Na szczęście na tegorocznych targach E3 otrzymaliśmy garstkę nowych informacji o naszym ulubionym protagoniście. Studio 4A Games powraca i wysmażyło nam doskonały trailer do zbliżającego się wielkimi krokami „Metro: Exodus”. Jakie są nasze pierwsze wrażenia? Trailer wygląda genialnie i kto wie, może nadchodząca odsłona cyklu okaże się też najlepszą. Chyba nikt nie odważy się zaprzeczyć, że gry z serii „Metro” to jedne z najlepszych i najładniejszych singleplayerowych strzelanin, jakie ujrzały świat elektronicznej rozrywki w ciągu ostatniej dekady. O czym więc będzie „Metro: Exodus”?

Historia w „Metro: Exodus”, czyli wycieczka poza moskiewskie metro!


Metro w Moskwie to nie tylko środek lokomocji, ale również jeden z największych na świecie schronów przeciwatomowych. Logicznym wydaje się więc, że to właśnie tam Glukhovsky osadził odradzającą się postnuklearną społeczność. Akcja gry „Metro: Exodus” będzie rozgrywać się w roku 2036, czyli zaledwie dwa lata po wydarzeniach znanych z „Metro: Last Light”. Gracz po raz kolejny wejdzie w kamasze Artyoma, który urodził się i wychował w ruinach moskiewskiego metra. Tym razem nasz główny bohater w końcu wyjdzie na powierzchnię (wcześniej też to robił, ale na dość krótko) i spróbuje wydostać się z moskiewskich pustkowi. Młody ma tylko jedną szansę na wydostanie się z kraju, a szansą tą jest pociąg o nazwie Aurora, który będzie jednocześnie służył za naszą bazę wypadową. Tam będzie znajdował się cały nasz dobytek i tam zamieszkają wszyscy nasi towarzysze. Z tego, co wiadomo, akcja gry ma rozciągać się na rok z życia Artyoma, który będzie musiał bronić się przed paskudnymi i wrogo nastawionymi mutantami popromiennymi i nie mniej niebezpiecznymi ludźmi. „Metro: Exodus” będzie więc jedną wielką podróżą, a otoczenie i krajobraz będą ulegały zmianie na różnych etapach podróży. Natomiast celem tejże podróży będzie góra Jamantau, należąca do pasma Uralu Południowego. Dlaczego Artyom udaje się tak daleko od domu? My obstawiamy, że chodzi o dostanie się do legendarnej bazy wojskowej, która rzekomo ma znajdować się w tych okolicach.

Oczywiście nie będziemy podróżować sami. Do ekipy dołączy między innymi żona głównego bohatera, Anna, która cieszy się sławą jednego z najlepszych snajperów na pustkowiach.



„Metro: Exodus” to nie sandbox, ale będzie miał sporo otwartych lokacji


Seria „Metro” przyzwyczaiła nas raczej do bardziej liniowej rozgrywki i nie ma w tym nic złego. Po otwartych światach w stylu „Falloutów” raz na jakiś czas tytuł o linearnej rozgrywce potrafi być miłą odskocznią od rutyny, którą karmią nas tytuły AAA. Właśnie w tę niszę doskonale wpasowywało się „Metro”. Oczywistym jest jednak, że jeżeli chce się uderzyć do większej liczby odbiorców i odnieść sukces finansowy, należy przynajmniej częściowo wpisywać się w popularne trendy. Na nasze szczęście developerzy ze studia 4A Games robią to dobrze. Co mamy na myśli? Otóż w „Metro: Exodus” doczekamy się fragmentarycznie otwartego świata. Całość będzie dość liniowa, ale kolejne odwiedzane przez nas lokację mają pełnić rolę niewielkich hubów, po których fani będą mogli swobodnie się poruszać. Swoją drogą, mają to być największe lokacje, jakie widzieliśmy dotąd w świecie „Metro 2033”. Według informacji udzielonych przez producenta wykonawczego Jona Blocha, nowe tereny mają być nawet sto razy większe od tego, co mogliśmy zobaczyć w „Metro: Last Light”. Poszczególne zony podlegają dynamicznemu cyklowi dnia i nocy, który ma znacząco wpływać na zachowania wrogów i NPC. Zdaje się też, że całość przybierze popularną ostatnio formę serialu, to znaczy, że kiedy już przejdziemy do kolejnej zony, powrót do poprzednich lokacji będzie raczej niemożliwy.

„Metro: Exodus”, czyli spluwy, komu spluwy, sprzedaje spluwy po dwie stówy


Serie takie jak „Metro” i „Fallout” rozgrywają się po wojnie nuklearnej, więc trudno tu raczej o nową, piękną broń, która wyszła prosto z fabryki i jeszcze pachnie nowością. Takie serie stoją spluwami z odzysku i w „Metro: Exodus” nie może być inaczej. Składanie, ulepszanie i naprawianie swojej broni powraca i będzie stanowiło bardzo ważną część rozgrywki. W tej serii pukawki zawsze bywały zawodne, dlatego z czasem trzeba było popracować nad nimi przy stołach rusznikarskich. Tym razem będzie podobnie – bywa to męczące, ale trzeba przyznać, że dodaje poczucia realizmu. Z tego co wiemy, Artyom będzie mógł naraz nosić dwa rodzaje broni, a stoły rusznikarskie będą rozstawione wystarczająco gęsto, by gracz bez problemu mógł ulepszać swoje wyposażenie. Brzmi naprawdę zacnie!

Data premiery


Premiera gry „Metro: Exodus” została zapowiedziana na 22 lutego 2019 roku. Do tego czasu pozostaje nam tylko cierpliwe oczekiwanie. Nie ma jednak tego złego – wbijajcie na CDP.pl i gwarantujemy Wam, że szybko znajdziecie tytuł, który osłodzi bolączkę oczekiwania na ponowne nadejście Artyoma.