Halo Infinite

czyli w kosmosie bez zmian



Halo Infinite


Seria „Halo” to bardzo ciekawe twory. Marka po raz pierwszy zagościła na sklepowych półkach w 2001 roku, będąc jednym z tytułów startowych dla świeżutkiej konsoli Xbox. Seria nie zyskała jakiegoś wielkiego grona fanów w Polsce (prawdopodobnie z powodu niskiej sprzedaży Xboxa i cukierkowej oprawy graficznej), ale w Stanach Zjednoczonych została otoczona czymś na kształt kultu. Doczekała się szeregu książek, filmów, a nawet serialu anime.

Fabuła jest dość prosta: w większości tytułów wcielamy się w legendarnego superżołnierza znanego jako Master Chief, którego głównym zadaniem jest spuszczanie łomotu obcym i wrogo nastawionym rasom kosmitów. Łapiemy więc za broń i szereg granatów, by chwilę później oglądać, jak za naciśnięciem przycisku owe koszmarki rozpryskują się w kolorowych kulach ognia. Nic dziwnego, że Master Chief stał się jedną z największych ikon świata gier początku XXI wieku.

Seria od lat ukazuje się jako tytuł ekskluzywny na Xboxa, jednak normalne jest, że z czasem niemal każda z wydanych dotąd części ukazywała się również na komputerach PC. Na samym początku, za tworzenie serii odpowiedzialne było dobrze znane fanom FPS-ów studio Bungie, które oprócz oryginalnej trylogii „Halo” popełniło takie dzieła jak między innymi obie części multiplatformowych strzelanin „Destiny”. Następnie przygodami Master Chiefa zajęły się takie firmy, jak Ensemble Studios i 343 Industries. To właśnie Ci ostatni są odpowiedzialni za dostarczenie nam najnowszej odsłony cyklu, która została zapowiedziana na tegorocznym E3.



Nowa jakość w starym uniwersum!


„Halo Infinite”, bo tak nazywa się ta wielka niewiadoma, była dość dużym zaskoczeniem i wywołała niemałe poruszenie w środowisku graczy. Nie dlatego, że nikt nie spodziewał się kolejnego „Halo”, ale przede wszystkim dlatego, że oczekiwaliśmy raczej „Halo 6”. Miałoby to sens, gdyż od niepamiętnych czasów, kiedy to jeszcze developerzy tworzyli gry na tabliczkach klinowych i zimą na open-space rozpalali ognisko, okres tworzenia gier z serii „Halo” trwał średnio około trzy lata. Mając tę zależność w głowie i zważając na fakt, iż ostatnia odsłona głównego cyklu, czyli „Halo 5: Guardians” ukazała się w roku 2015, nadszedł czas, by wypuścić kolejną numerowaną część. Idąc tym tokiem myślenia, tytuł taki miałby ukazać się jeszcze w roku 2018, ale wszyscy wiemy, że jest to zwyczajnie niemożliwe.

Więc tak, jak nie spodziewaliśmy się hiszpańskiej inkwizycji, tak samo nie spodziewaliśmy zapowiedzi tworu zwanego „Halo Infinite”. No bo jeżeli nie jest to kolejna duża odsłona, to niby co innego? Darmowy tytuł battle-royale, z przegiętymi mikropłatnościami, którego celem miałoby być zamordowanie popularnego ostatnio „Fortnite” i dojenie graczy zaimplementowaniem rozgrywki typu pay-to-win? Pewnie w czasie zapowiedzi niejednemu podobna myśl przebiegła przez umysł, kiedy na gigantycznym ekranie w Los Angeles pojawił się świecący napis „Halo Infinite”. Prawda jest jednak zgoła inna, a wiele czynników wskazuje, że najnowsze dzieło 343 Industries może nadać marce „Halo” zupełnie nową jakość. Niestety, jak na razie nie wiemy zbyt wiele, bo gra jest na wczesnym etapie tworzenia, ale sprawdźmy, jak zapowiada się „Halo Infinite”.

„Halo Infinite”: co wiemy?


Chyba najpierw powinniśmy rozwiać wszelkie wątpliwości, które związane są z tytułem najnowszego „Halo”. Otóż mimo nieposiadania liczby „6” w tytule, „Halo Infinite” nie jest żadnym rebootem, prequelem czy po prostu tytułem z bocznej linii fabularnej, stworzonym tylko po to, by dorobić na popularnej marce. Będzie to bezpośrednia kontynuacja „Halo 5: Guardians”. Jeżeli pamiętacie jeszcze ostatnią przygodę, która opowiadała o przygodach oddziału tak zwanych Spartan, to wiecie, że nie wszystkie wątki zostały domknięte. I tu wchodzi właśnie „Halo Infinite”, jednak ma ona nie tylko zakończyć historię poprzedniczki, ale jeszcze pójść o krok dalej. Dostaniemy kompletną kampanię fabularną, która będzie kręciła się wokół jednego człowieka. Wiecie, o kim mowa. ;)

Master Chief powrócił i ma się dobrze! W końcu przyszedł czas, kiedy będziemy mogli posterować spartiatą w zielonej zbroi i przeżyć historię, która będzie uderzać w zdecydowanie bardziej osobiste tony. Zapytacie skąd ten zachwyt? Otóż od kiedy serią „Halo” przestało zajmować się studio Bungie, Master Chiefa było w kolejnych grach coraz mniej. To znaczy cały czas się pojawiał, ale był bohaterem trzymającym się na uboczu lub momentami nie było go w ogóle. Cieszy więc, że ponownie ujrzymy go jako postać grającą główne skrzypce.

Nowa grafika, nowy styl, nowy engine – wszystko nowe


„Halo Infinite” zdaje się ofiarować nam zupełnie nowy styl graficzny i wydaje się, że innowacja ta ma być jednoczesnym powrotem do korzeni. Skąd ten paradoks? Ano kiedy wychodziły pierwsze części „Halo”, elektroniczna rozrywka nazywała realizmem to, co my dziś nazywamy trójwymiarową pikselozą. Okej, może przesadzamy, w końcu nie były to już czasy pierwszego „Tomb Raidera”, ale HD to to jeszcze nie było. Dlatego też gry (szczególnie konsolowe) uderzały w grafikę, która ma być przejrzysta dla odbiorcy. Mówiono, że gry konsolowe to kolorowe zabawki dla casuali, ale teraz patrząc na trailer „Halo Infinity” możemy stwierdzić tylko jedno: „Halo” nigdy nie było tak kolorowe, i nigdy nie wyglądało równie pięknie. Grafika zaprezentowana w zwiastunie wydaje się być doskonałym balansem między wchodzeniem serii w nową erę a tym, do czego przez lata przyzwyczaili się fani.

Warto nadmienić, że Master Chief nie jest jedynym powrotem giganta. Trailer pokazuje też pewien znany z poprzednich części pojazd, który gracze uwielbiają, a którego w nadchodzącej części również nie mogło zabraknąć. Mknie po zielonych polach, niczym rozpędzone tsunami testosteronu, a imię jego… Warthog! Mamy nadzieję, że i tym razem przyjdzie nam pojeździć na czterokołowym guźcu. A jest to całkiem prawdopodobne, bo zwiastun sugeruje, że będziemy poruszać się nie tylko po terenach trawiastych i gęsto zalesionych, ale będziemy zasuwać też między innymi po pustyniach i zaśnieżonych górskich szczytach. Brzmi nieźle i sprawi, że tytuł szybko nam się nie znudzi. Miejmy nadzieję, że świat nie będzie też pozbawiony fauny, bo puste, duże lokacje to już przeżytek. Obecność zwierzaków jest też całkiem prawdopodobna, bo pojawiają się w zwiastunie, ale żeby mieć pewność, musimy poczekać na kolejne informacje.

No dobra, pozachwycaliśmy się. Rozpłynęliśmy się nad aspektami wizualnymi, ale teraz czas zastanowić się, skąd to całe piękno pochodzi. Developerzy 343 Industries naprawdę się sprawili, tworząc na potrzeby swojego nowego tytułu zupełnie nowy silnik. Rzekomo nie było to tylko ich własne widzimisię, ale projekt okazał się tak ambitny, że customowy engine był niezbędny. Silnik nazywa się bardzo odpowiednio Slipspace Engine, co jest ciekawą grą słów, którą zrozumieją tylko ci, którzy grali w poprzednie części. Pracę nad silnikiem zaczęto podobno zaraz po wydaniu „Halo 5: Guardians” i udało się go ukończyć po mniej więcej roku.

Data premiery:


No cóż, jak na razie wiemy stosunkowo niewiele, ale trzeba przyznać, że „Halo Infinity” zapowiada się całkiem zacnie. Z nowinek możemy jeszcze napomknąć, że nie wiemy nic o powrocie naszej ulubionej sztucznej inteligencji, czyli Cortanie. Co prawda pod sam koniec zwiastuna widzimy Master Chiefa umieszczającego z tyłu swojego hełmu chip z AI, jednak samej Cortany nie było dane nam zobaczyć. Miejmy nadzieję, że to tylko tease, a w kolejnym trailerze będziemy mogli przynajmniej ją usłyszeć. Nie wiemy jednak, kiedy dostaniemy kolejne informacje, bo gra jest na wczesnym etapie tworzenia. Najbardziej prawdopodobnym miejscem uzyskania kolejnych informacji wydaje się być odbywający się w sierpniu Gamescom. „Halo Infinite” zostało wstępnie zapowiedziane jeszcze na rok 2018, ale tytuł nie otrzymał żadnej konkretniejszej daty. Nie bądźmy więc zdziwieni, jeżeli premiera przesunie się na rok 2019. Wydaje nam się jednak, że warto poczekać. W końcu liczymy, że „Halo Infinite” będzie prawdziwym dziełem sztuki, a jak powszechnie wiadomo, artystów nie wolno poganiać! ;)